Przypadkowy kraj

Sahara Zachodnia to kraj, do którego trafiliśmy całkiem przypadkiem. Jak można znaleźć się gdzieś przypadkiem? Na przykład tak: dowiedzieć się w jakim terminie można wziąć wolne, wyszukać najtańszą i najciekawszą opcję w tym okresie, zorientować się, ze padło na długo wyczekiwane Maroko, kombinować jak połączyć Maroko z innym krajem, polecieć na 3 dni na Wyspy Kanaryjskie, żeby dostać się do Maroko przez Laayoune, czyli stolicę Sahary Zachodniej, kraju, który wcześniej dla nas nie istniał.

Murale w Layounne

Czy Sahara Zachodnia należy do Maroko?

Zanim wylądowaliśmy na lotnisku w Laayoune przeczytaliśmy kilka artykułów na temat historii Sahary Zachodniej. Spodziewaliśmy się walczącego narodu okupowanego przez marokańskie mocarstwo. Trochę się zdziwiliśmy po wylądowaniu. Na lotnisku wprawdzie przywitały nas marokańskie flagi, ale cały kraj wydawał się stosunkowo spokojny i pogodzony z istniejącym stanem rzeczy. Nawet nasi lokalni hostowie utwierdzili nas w przekonaniu, że Sahara Zachodnia nie istnieje, że ten teren należy do Maroko. Słuchając tych dwóch młodych lekarzy byliśmy pewni, że reprezentują głos Saharyjczyków. Dopiero w ostatni dzień naszego pobytu zrozumieliśmy, że tak nie było.

Charakterystyczne tarasy na dachach

Jak poznaliśmy prawdę?

Większość czasu podczas zwiedzania pachnących szafranem uliczek Laayoune towarzyszył nam jeden z naszych hostów, który chciał, żebyśmy czuli się jak u siebie, żebyśmy byli bezpieczni. Pokazywał nam najlepsze knajpy, opowiadał ciekawostki na temat zabudowania i okolicy. Dopiero przed ostatniego dnia, kiedy nie mógł nam towarzyszyć udało nam się wyrwać na pierwszy, samotny spacer. Samotne zwiedzanie sprawiło, że to my byliśmy największą atrakcją turystyczną, nasze niebieskie oczy, białe włosy i jasna skóra robiły na mieszkańcach ogromne wrażenie. Nie dziwiło nas to, ponieważ podczas wcześniejszych spacerów po stolicy nie spotkaliśmy żadnego turysty. Klimat Laayoune robił na nas ogromne wrażenie. Budynki, sklepiki, targowiska, świeże owoce, warzywa, lokalne słodycze były naszą pierwszą stycznością z marokańskim klimatem, w którym z czasem się zakochaliśmy.

Główna ulica w Layounne

Chwilę po rozpoczęciu naszego samotnego spaceru naszym oczom ukazał się sklep mięsny, ale nie taki byle jaki, jaki mamy w Europie. Ujrzeliśmy rzeźnika krojącego mięso na ulicznym straganie. W tym obrazku nie byłoby nic nadzwyczajnego, gdyby nie… kopyta, które wisiały nad głową rzeźnika. Szybko zrozumieliśmy, że nie były to kopyta owcy, krowy, ani konia. Były to kopyta wielbłąda. Zważywszy na fakt, że pierwszy raz w życiu widzieliśmy takie zjawisko, stanęliśmy jak zahibernowani i obserwowaliśmy z bezpiecznej odległości proces obróbki wspomnianego zwierzęcia. Do tej pory nie wiemy co zrobiło na nas większe wrażenie – fakt, że można jeść wielbłąda czy fakt, że można zabijać wielbłąda (podkreślam, że były to nasze pierwsze wege miesiące). Nasze uparte wpatrywanie się w zwierzę zwróciło uwagę osób kupujących u wspomnianego rzeźnika. Podeszli do nas i zaczęli próbę nawiązania kontaktu. Trzyosobowa rodzina składająca się z taty, mamy i nastolatki na migi próbowała zaprosić nas na obiad przyrządzony z zakupionego mięsa. Po kilkuminutowej wymianie zdań w każdym z możliwych języków zorientowaliśmy się, że tylko translator nas uratuje. I uratował. Następnego dnia zostaliśmy zabrani z tego samego miejsce do domu wspomnianej rodziny, aby skonsumować wielbłąda i zrozumieć, że oryginalni Saharyjczycy istnieją.

Jak na planie programu Martyny Wojciechowskiej

Podekscytowani i lekko wystraszeni wsiedliśmy do samochody pana taty, który poinformował nas, że mieszkają za miastem. Droga była krótka, ale mając w głowie słowa mamy prawiące o tym, żeby nie wsiadać do auta obcego człowieka, żeby nie ufać wszystkim, że nie każdy musi być dobry… dłużyła się w nieskończoność i wprawiała nas w lekkie zaniepokojenie. Kiedy dojechaliśmy na miejsce i weszliśmy do pięknego saharyjskiego domu zrozumieliśmy, że nic nam nie grozi. Przywitali nas jak długo wyczekiwanych krewnych zza granicy. Do trzyosobowej rodziny dołączyła najmłodsza osoba, czyli ich druga, kilkuletnia córka. Mała przybiegła z „podwórka” w zwykłej sukience, aby z rumieńcami wstydu na twarzy pospiesznie ukryć się w pokoju i przebrać w balową, białą kiecką, w której godnie przyjęła obcych w domu.

Pan tato i jego herbaciany rytuał

Pan tato okazał się policjantem, pani mama prawdziwą damą dbającą o potrzymanie ogniska domowego, a ich córki uroczymi młodymi kobietami marzącymi o karierze lekarzy. Na początku naszej wizyty pan tato pokazał nam jak przyrządzić prawdziwą herbatę, czyli tak zwane saharyjskie whisky. Proces przyrządzania herbaty był bardzo mozolny i precyzyjny. Wymagał rozstawienia małego paleniska, kilku szklaneczek ułatwiających przelewanie herbaty mające na celu jej ostudzenie i spienienie. Po przyrządzeniu herbata wyglądała jak ciepłe, dobrze spienione piwo i była jeszcze lepsza, od tych serwowanych w knajpach. Później pan tato wraz z córkami i panią mamą podzielili się obowiązkami oprowadzenia nas po domu. Kobiety zwiedzały kuchnię, a mężczyźni pokój z ubraniami i biżuterią. Nie obyło się bez przymierzenia tradycyjnych ubrań i biżuterii, wspólnych zdjęć, nagrań oraz prób dyskusji na temat dalszych planów naszej podróży. Prób, ponieważ podczas komunikacji nadal wspieraliśmy się niezawodnym translatorem.

Oryginalna domowa herbata
Prawdziwe saharyjskie stroje

Po przyrządzeniu głównej atrakcji, czyli wielbłąda z kuskusem i warzywami zasiedliśmy wspólnie do… ceraty na dywanie, na której podano wielką michę pełną jedzenia. Z uwagi na fakt, że nie jemy mięsa biliśmy się z myślami co robić. Z jednej strony nie chcieliśmy zasmucić gospodarzy, z drugiej byliśmy bardzo ciekawi jak smakuje wielbłąd, a z trzeciej kompletnie nie chcieliśmy się przekonać jak smakuje to urocze pustynne zwierzę. Po rozpisaniu drzewka decyzyjnego postanowiliśmy, że nie urażenie gospodyni jest sprawą najważniejszą i rozpoczęliśmy ucztę. Danie należało jeść rękoma, nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego gdyby nie fakt, że kuskus był całkiem sypki. Lekcja robienia z niego kulek niewiele pomogła, co można zobaczyć na filmie poniżej. Jak smakuje wielbłąd? Na nasze nieszczęście w daniu pojawiły się takie części jak język i mózg, których smak ciężko porównać do czegokolwiek innego, szczególnie jeśli nie jadło się wcześniej tego rodzaju mięsa.

Wielbłąd i kuskus

Po posiłku poczęstowali nas kozim mlekiem, słodyczami i kawą. Nadzwyczaj dziwne jest to, że za pomocą rąk i translatora dyskutowaliśmy na temat religii i różnic między Saharą, a Polską. Pokazaliśmy im zdjęcia naszych rodziców, wygląd naszych domów, szkół i zróżnicowanie pór roku. Byli zachwyceni różnorodnością i innością rzeczy, które są dla nas normalne. Podczas dyskusji postanowili wyjąć saharyjska flagę i zrobić z nią kilka zdjęć. Przy okazji wyjaśnili nam, że są rodowitymi mieszkańcami tego terenu pragnącymi wolności. Dopiero wtedy zrozumieliśmy jaka jest prawda na temat istnienia Sahary Zachodniej.

Pani mama i Emilka

Pani mama, która ewidentnie drygowała całą watahą zadecydowała, że jedziemy na plażę. Zarówno my i ich mała córeczka byliśmy zachwyceni pomysłem. Z uwagi na fakt, że byliśmy w Saharze Zachodniej raptem 3 dni nie planowaliśmy odwiedzania miejscowych plaż. Plaże zostawiliśmy sobie na surfing, który zaplanowaliśmy w Maroko, do którego zmierzaliśmy później. Jeśli powiemy, że tak szerokiej i pustej (pod kątem zagospodarowania przestrzennego) plaży jeszcze nie widzieliśmy to chyba nikogo nie zdziwimy. Na plaży spotkaliśmy przyjaciół naszej nowej rodziny, którzy oczywiście uraczyli nas kolejną dawką przekąsek i napojów. Karol zagrał mecz z przyszłym reprezentantem Sahary Zachodniej w nogę, a ja plotkowałam z kobietami kryjąc się przed wiatrem za… parawanem. Tak jest w Saharze Zachodniej też są w modzie 🙂

Parawaning
Klasyczny krajobraz Sahary Zachodniej

Dawka pozytywnej energii, miłości i przyjaźni jaką obdarzyli nas obcy ludzie sprawiła, że poczuliśmy się jak w domu, a żegnając się przytulaliśmy się ze łzami w oczach. Ta przygoda była dla nas niczym przeżycie programu „Kobieta na krańcu świata” w wersji live. Każdemu życzymy poznania nieznanego kraju w taki sposób, w jaki my poznaliśmy Saharę Zachodnią. Spędzenia czasu lokalsami jest najpiękniejszą z możliwych opcji. 

Jeśli zainteresowała Cię nasza opowieść obejrzyj krótki filmik z pobytu u rodziny. Tak jak zapowiadamy na końcu – planujemy zaprosić ich do Polski na krokiety i bigos.

Jeden z najpiękniejszych dni w życiu